Sztuczna inteligencja nie będzie w stanie zastąpić w pełni myślącego człowieka – rozmowa z tłumaczką przysięgłą języka angielskiego

Sztuczna inteligencja nie będzie w stanie zastąpić w pełni myślącego człowieka – rozmowa z tłumaczką przysięgłą języka angielskiego

Od ubiegłego roku jesteś tłumaczką przysięgłą języka angielskiego – nie jest to zapewne początek Twojej przygody z przekładem?

Tak, to prawda – wymarzone uprawnienia zdobyłam w połowie zeszłego roku, a moja przygoda z tłumaczeniami zaczęła się w sumie na początku studiów, czyli ok. 11 lat temu. Podczas praktyk tłumaczeniowych w niewielkim biurze tłumaczeń w moim rodzinnym mieście, ku mojemu zdziwieniu, zamiast parzenia kawy dostałam do wykonania proste tłumaczenia. I tak zaczęła się moja przygoda z tą branżą i tym samym, współpraca z tym biurem, która trwa aż do tej pory.

Co doradziłabyś początkującym tłumaczom przysięgłym? Co może okazać się dla nich niespodzianką?

Młodym tłumaczom radziłabym przede wszystkim pamiętać o solidnej dawce pokory, nie bać się zadawania pytań i rozwijać nieustająco słownictwo, czytając, czytając, czytając… Problemem moim zdaniem jest uzyskiwanie informacji na temat samych tłumaczeń uwierzytelnionych, tego w jaki sposób mają one być wykonywane, jak opisywać pewne niestandardowe dokumenty. Niestety, ale muszę przyznać, że z to prawdziwy dylemat. Pojawiają się strony internetowe z poradami dla młodych i niedoświadczonych tłumaczy przysięgłych, odpowiedziami na najczęściej zadawane pytania, ale to wciąż kropla w morzu potrzeb. Kodeks tłumacza przysięgłego i ustawa o zawodzie nie zawsze wszystko nam wyjaśniają. A im dalej w las, tym niestety więcej drzew. Po studiach podyplomowych z zakresu tłumaczeń uwierzytelnionych (które gorąco polecam) i zdanym egzaminie myślałam, że już wszystko wiem. Ale wraz z kolejnymi zleceniami, abstrakcyjnymi dokumentami z dalekich zakątków świata uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem w błędzie. Na szczęście w najtrudniejszych momentach przychodzili mi z pomocą inni tłumacze przysięgli, z którymi kontaktowałam się na różnych forach – czasem poratowali, a czasem wzruszali ramionami, bo np. też nie mieli styczności z podobnym przypadkiem.

Tłumaczy języka angielskiego jest bardzo wielu, jak przebić się w tak licznym gronie, gdzie szukać niszy?

Niektórzy mówią: jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego 😊. Więc może warto pomyśleć o specjalizacji? Dobrym pomysłem jej np. tłumaczenie tekstów stricte związanych z naszym hobby bądź pasją, np. żeglarstwem czy medycyną alternatywną bądź filozofią – niewielu tłumaczy podejmuje się takich tekstów, ale z drugiej strony niewiele jest również takich zleceń, niemniej można pobierać w takich sytuacjach wyższe stawki. Co do ilości tłumaczy języka angielskiego – to prawda. W końcu studentów po lingwistyce bądź filologii jest mnóstwo, ale problem jest też nieco inny. Język angielski to obecnie najbardziej popularny język obcy i wiele osób uważa, że zna go na tyle dobrze, aby móc dorabiać sobie, wykonując tłumaczenia. Stawki spadają, tłumaczenia wykonują osoby, które niewiele wiedzą o dziedzinie przekładu bądź, w przypadku tłumaczeń z zakresu prawa, o różnicach w systemach prawnych: np. amerykańskim, brytyjskim czy polskim. Renoma zawodu upada. To jest przykre, ale jakże prawdziwe. A jak się przebić? Dobrym pomysłem na pewno są w dalszym ciągu praktyki na studiach. I nie mówię tu o „praktykach” u wujka w biurze, ale o tych prawdziwych. Im więcej tym lepiej, nawet bezpłatnie. O ile trafimy w dobre miejsce, o ile trafimy na osoby, które wezmą nas pod swoje skrzydła i będą chciałby nas czegoś nauczyć, a my będziemy chętni do skorzystania z tej opcji, to, kto wie – może biuro będzie chciało kontynuować z nami współpracę? Tak było w moim przypadku. A kolejne biura? To już z polecenia 😊

Specjalizujesz się w tematyce powiązanej z branżą nieruchomości, skąd Twoje doświadczenie i jaka jest specyfika takich tłumaczeń?

Branża nieruchomości obok tekstów prawnych i prawniczych to jedna z moich specjalizacji. A skąd to się wzięło? Pracuję na co dzień w firmie deweloperskiej, więc terminologia i jakieś obycie z nią związane przychodzi w sumie samo. Jako tłumacz przysięgły tłumaczę również umowy z naszymi klientami zagranicznymi w kancelarii notarialnej – jest to też o tyle wygodne dla klienta, że tłumacz jest zawsze pod ręką, nawet w przypadku ewentualnych spotkań w dziale sprzedaży przed umową. A co do samej specyfiki – nie oszukujmy się, tłumaczenia umów, czy to deweloperskich, czy umów przeniesienia własności są powtarzalne, niekiedy bardzo skomplikowane z wielokrotnie złożonymi zdaniami. Klienci nie zawsze są biegli w terminologii prawniczej, nie znają polskich realiów, nie znają polskiego prawa i to, co dla rodzimego klienta wydaje się jasne i klarowne, dla klienta obcojęzycznego, który kupuje mieszkanie w Polsce wydaje się kosmosem. Więc oprócz tłumaczenia zdań zawartych w umowie dochodzi tłumaczenie podstaw prawnych i realiów obowiązujących na terenie naszego kraju.

Jakie inne zlecenia, spoza powyższej tematyki, regularnie realizujesz? Czy chętniej tłumaczysz na angielski czy może z angielskiego?

Z reguły tłumaczę teksty z dziedziny prawa, umowy, dokumenty urzędowe. Obecnie wykonuję głównie tłumaczenia uwierzytelnione. Jako dziecko chciałam zostać adwokatem, jednak miłość do języków obcych wzięła górę. Pewna fascynacja prawem pozostała mimo wszystko. Co do kombinacji językowej – przyznam szczerze, że wolę tłumaczyć na język angielski. Jest pod pewnym kątem prostszy, bardziej intuicyjny, bardziej elastyczny. W języku polskim ciężko niekiedy odnaleźć odpowiedniki dla angielskich słów, szczególnie tych nowoutworzonych. Problem stanowi również terminologia, w szczególności z zakresu prawa, która wynika chociażby z różnic systemów prawnych krajów anglojęzycznych.

Śledzisz rozwój tłumaczeń maszynowych? Już teraz mawia się, że Google Translate świetnie radzi sobie z przekładem prostych treści. Co o tym sądzisz?

W związku z tym, że większość dokumentów, które otrzymuję do tłumaczenia, klienci udostępniają mi w formie papierowej, korzystanie z narzędzi CAT jest raczej niemożliwe. Kiedyś zastanawiałam się nad zakupem specjalistycznych programów tłumaczeniowych, jednak po zdobyciu uprawnień doszłam do wniosku, że na razie nie ma to większego sensu. O ile pamiętam ze studiów podyplomowych i dodatkowych kursów, ich obsługa jest raczej dosyć prosta i faktycznie – przyśpiesza pracę tłumaczom, którzy posiadają już pewną bazę terminologiczną, jednak tzw. świeżakom w branży tego typu narzędzia niewiele pomogą. Z czasem, owszem – jednak początki na pewno będą trudne i mozolne. Tworzenie baz terminologicznych jest niestety czasochłonne. Natomiast co do samego Google Translate – jest to niesamowity wynalazek i muszę przyznać, że jak porównuję jego działanie obecnie, a sprzed 5-6 lat to różnica jest niesamowita. Jednak proszę mieć na uwadze jedną kwestię – ta coraz większa trafność czy precyzyjność tego narzędzia dotyczy głównie języka angielskiego, ale mimo wszystko tłumaczenia powinni podlegać skrupulatnej weryfikacji, pojawiają się przecież błędy choćby w interpretacji kontekstu wypowiedzi. Moim zdaniem, sztuczna inteligencja nie będzie w stanie zastąpić w pełni myślącego człowieka i zrozumieć kontekstu wypowiedzi bądź ironii w niej zawartej. Jako pomoc dla osoby znającej język, super – jednak pełna uzależnienie od Google Translate i pokładanie w nim pełnej wiary – niestety nie.

Jak oceniasz współpracę z biurami tłumaczeń? Czy uznajesz ją korzystną, w równym stopniu, dla obu stron?

Współpracuję na co dzień z kilkoma biurami, z jednymi więcej, z innymi mniej. Z biurem Polyland rozpoczęłam współpracę zaraz po uzyskaniu uprawnień na tłumacza przysięgłego. Dochodziły mnie słuchy, że są biura, które wykorzystują tłumaczy, płacą im jakieś śmieszne stawki, a sami pobierają od klientów horrendalne kwoty, jednak ja na szczęście nie mam takiego doświadczenia. Owszem, są biura, które płacą lepiej, są też takie, które płacą gorzej. Jednak, jeżeli po drugiej stronie również stoi człowiek, a nie wielka instytucja, to zawsze można wypracować jakiś kompromis satysfakcjonujący obie strony.

Czy w obecnej sytuacji, w okresie pandemii wiele zmieniło się w Twojej codziennej pracy?

Na pewno w kwietniu i maju zmniejszyła się ilość zleceń – tu nie mam żadnych wątpliwości. Wiele firm w okresie pandemii zawiesiło działalność, urzędy i sądy nie działały. Jednak z ulgą muszę stwierdzić, że powoli sytuacja się stabilizuje i wraca do normy. Nawet ostatnio udało mi się podpisać z klientami z Indii pierwszą umowę w kancelarii. A czy coś oprócz tego się zmieniło? Kręgosłup bardziej boli od ciągłego siedzenia przed komputerem 😊.


Małgorzata Gralec – tłumaczka przysięgła oraz lektorka języka angielskiego. Absolwentka Wydziału Lingwistyki Stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim. Prywatnie: pasjonatka podróży i gór, a od niedawna także wspinaczki.