Nie tylko w branży tłumaczeń, ale i na innych polach zaczęliśmy szukać i otwierać się na nowe rozwiązania – rozmowa z tłumaczką języka węgierskiego

Nie tylko w branży tłumaczeń, ale i na innych polach zaczęliśmy szukać i otwierać się na nowe rozwiązania – rozmowa z tłumaczką języka węgierskiego

Kiedy i w jakich okolicznościach po raz pierwszy zainteresowała się Pani językiem węgierskim?

Myślę, że były to ostatnie lata nauki w liceum. Zawsze lubiłam uczyć się języków, a węgierski, który jest językiem aglutynacyjnym, zainteresował mnie swoją gramatyką – odmienną od tych obecnych w popularnych językach indoeuropejskich. Ma też zupełnie inną składnię w porównaniu z językiem polskim. Orzeczenie w zdaniu często znajduje się na końcu, co sprawia, że niejednokrotnie zdania najłatwiej tłumaczy się właśnie od końca – to swoiste wyzwanie nie tylko w tłumaczeniach pisemnych, ale i ustnych – symultanicznych.

W 2006 uzyskała Pani licencję przewodnika po Krakowie – to miasto, z którym jest Pani związana od dziecka. Czy wciąż jest to jedno z Pani głównych zajęć?

Przez wiele lat jedną z gałęzi mojej działalności, oprócz tłumaczeń, było oprowadzanie po Krakowie i krakowskich muzeach. Bardzo lubię architekturę, sztukę i historię sztuki, a także kontakt z ludźmi, dlatego przez długie lata byłam aktywnym przewodnikiem. Pokazywanie Krakowa było prawdziwą przyjemnością, praca pochłaniała mnie szczególnie w weekendy. Szybko okazał się, że to jednak tłumaczenia ustne i pisemne są moim priorytetem i wiodącą działalnością.

Rok później założyła Pani swoją firmę. Jak wyglądały początki prowadzenia własnej działalności gospodarczej? Czy usługi tłumaczeniowe pełniły istotną rolę?

Firmę założyłam w wieku 22 lat, przed rozpoczęciem ostatniego roku studiów magisterskich. Wiązało się to z dużym wysiłkiem organizacyjnym, ale pozwoliło mi także na stopniowe rozwijanie firmy, w miarę zdobywania doświadczenia i uprawnień oraz kolejnych klientów. Początkowo działalnością firmy zajmowałam się po zajęciach na studiach. W pewnych momentach skoordynowanie obowiązków nie było łatwe, niemniej taka forma pracy dała mi szansę na stopniowe określenie profilu biznesowego. Miałam również możliwość skorzystania z ulg dla młodych przedsiębiorców, co na tym etapie było bardzo ważne. Od początku studiów chciałam zająć się tłumaczeniami, dlatego zawsze były jednym z profili mojej działalności – były i są istotą mojej ścieżki zawodowej.

Skąd decyzja o uzyskaniu uprawnień tłumacza przysięgłego języka węgierskiego? Czy był to naturalny krok, jeśli chodzi o rozwój zawodowy?

Tak, uzyskanie uprawnień tłumacza przysięgłego było dla mnie naturalnym krokiem w karierze zawodowej, który pozwolił na rozszerzenie mojego profilu w ramach rynku tłumaczeń. W 2011 roku miałam już kilka lat doświadczenia w branży, rozpoczęłam także studia doktoranckie z zakresu językoznawstwa kognitywnego na Uniwersytecie im. Loránda Eötvösa w Budapeszcie. Wpłynęły one nie tylko na rozwój stricte naukowy, ale i dalszy – językowy oraz zdanie egzaminu w Ministerstwie Sprawiedliwości. Decyzja o egzaminie była podyktowana m.in. tym, że chciałam mieć możliwość zajęcia się tłumaczeniami w pełnym zakresie. Sądzę również, że zdanie egzaminu na tłumacza przysięgłego bywa dla klienta pewnym potwierdzeniem umiejętności językowych tłumacza.

Ma Pani bogate doświadczenie w realizowaniu tłumaczeń konferencyjnych, konsekutywnych i towarzyszących – co sprawia, że tego typu zlecenia przyciągają Pani uwagę?

Bardzo lubię kontakt z ludźmi, tłumaczenia bezpośredniej komunikacji. Tłumaczenia ustne, czy to konsekutywne czy konferencyjne, odbywają się w bardzo zróżnicowanych kontekstach. Są to tłumaczenia dużych konferencji, ale także tłumaczenia szkoleń, bezpośrednich spotkań pomiędzy przedsiębiorcami, samorządami czy na oficjalnych spotkaniach. Zdarzyło mi się tłumaczyć wizytę w zakładzie produkcyjnym armatury, hucie szkła, na budowach osiedli czy centrum handlowego, w szpitalu, biurze architektonicznym, podczas sesji zdjęciowej, na krakowskich targach książki, a także na żywo w radiu. Już samo zróżnicowanie tematyczne jest wyzwaniem, ale i ciekawym doświadczeniem. Ta różnorodność obszarów tłumaczeń nieraz potrafi zaskoczyć. Cenię sobie ten element niepewności, nieprzewidywalności, to, że niejednokrotnie trzeba szybko reagować.

Jest Pani także asystentem w Instytucie Językoznawstwa i Przekładoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, prowadzi zajęcia ze studentami – czy daje to Pani wiele satysfakcji? Popularność filologii węgierskiej zmienia się z roku na rok?

Bardzo lubię pracę ze studentami, daje mi dużo satysfakcji i świeże spojrzenie na język. Z czasem, w miarę praktyki pewne kwestie w języku stają się oczywiste, naturalne. Dla osób, które dopiero się uczą nie jest to ewidentne, z kolei dla mnie bardzo odświeżające. Prowadzę zajęcia głównie z zakresu językoznawstwa – fonetyki i fonologii, morfologii języka węgierskiego, semantyki, stylistyki i pragmatyki. Moje badania koncentrują się więc wokół tematów związanych z pragmatyką i językoznawstwem kognitywnym. Zainteresowanie filologią węgierską utrzymuje się na w miarę stałym poziomie. Naukę na pierwszym roku studiów licencjackich rozpoczyna około 25-30 osób, a na studiach magisterskich około 15 osób. Myślę, że wiele z nich postrzegają znajomość języka węgierskiego jako możliwość wyróżnienia się na rynku pracy.

Czy słusznie?

Bardzo dobra znajomość dodatkowego języka jest zawsze atutem. Mimo, że tłumaczę głównie w parze językowej polski-węgierski, nieraz przydawała mi się dobra znajomość języka angielskiego i francuskiego. Niezależnie od tego, czy ktoś jest nastawiony na pracę w korporacji czy w branży tłumaczeń, bardzo dobra znajomość trzeciego czy czwartego języka może być tą umiejętnością, która nas wyróżni. Niemniej zawsze jakaś para językowa powinna być dla nas wiodąca – to pomaga w wysokiej specjalizacji, a tym samym bardzo dobrej jakości. Myślę też, że jeśli ktoś rozpoczyna naukę takich języków, jak węgierski, szwedzki, estoński czy innych, mało popularnych powinien mieć świadomość, że nauczenie się ich na poziomie średniozaawansowanym nie wystarczy, aby stało się to atutem na rynku pracy. Oczywiście są też osoby, które rozpoczynają studia z sentymentu czy zamiłowania do kultury i sama pasja może też być motorem do tego, aby potem zająć się takim obszarem, gdzie język węgierski będzie przydatny, ale jego doskonała znajomość nie będzie konieczna. Wiele osób po filologii węgierskiej znajduje pracę w działach księgowych w korporacjach, w branży turystycznej lub w firmach, których założycielami/właścicielami są Węgrzy. Jeśli ktoś myśli o tłumaczeniu, to tu doskonała znajomość języka i kultury, obok innych kompetencji, jest nieodzowna, bo bezpośrednio przekłada się na jakość dostarczanego produktu.

Czy często i chętnie współpracuje Pani z biurami tłumaczeń? Jak generalnie ocenia Pani rozwój branży w ostatnich latach?

Oczywiście współpracuje z biurami tłumaczeń, z wieloma na stałe, już od 10 lat 😊. Myślę, że kluczowe jest zrozumienie wzajemnych potrzeb, dostrzegam niewątpliwe zalety takiego rozwiązania (dla obu stron). Co do branży – zauważam, że dzięki rozwojowi rynków i współpracy międzynarodowej, rozwinął się sam rynek tłumaczeń. Wiele zleceń jest związanych z międzynarodową współpracą handlową i współpracą na poziomie kultury. Widać też duże zmiany, jeśli chodzi o postęp technologiczny – choćby możliwość konwertowania plików pdf do plików testowych, obróbka skanów, skanowanie urządzeniami mobilnymi czy rozwój narzędzi CAT. Usprawnia to proces tłumaczenia, niemniej moje doświadczenia pokazują, że przede wszystkim ważny jest udział tłumacza. To on zna dogłębnie język i kulturę danego kraju, jest świadomy kontekstów, może odczytać ukryte sensy, nawiązania, znaczenia niebezpośrednie.

Czy okres pandemii wpłynął na nowe decyzje zawodowe? Czy jest to moment, w którym poszukuje Pani kolejnych wyzwań czy może chętnie skorzysta Pani z powrotu do dawnej rutyny?

Branża tłumaczeń wyraźnie odczuła skutki pandemii, nie tylko, jeśli chodzi np. o tłumaczenia symultaniczne czy inne ustne, które zostały odwołane, ale także i pisemne, na które wpłynęły efekty zamrożenia gospodarki. Myślę jednak, że nie tylko w branży tłumaczeń, ale i na innych polach zaczęliśmy szukać i otwierać się na nowe rozwiązania – wcześniej mogliśmy postępować według schematów, które teraz są albo niemożliwe, albo trudne w realizacji. Sama ostatnio tłumaczyłam online wydarzenie odbierane przez kilkaset osób, co wymagało zharmonizowania pracy kilku platform (Youtube i Microsoft Teams). Technicznie nie było to proste, ale wszystko się udało. Obecnie niektóre platformy zaczęły udostępniać w ramach spotkania online funkcję tłumacza. Nie jest to perfekcyjne rozwiązanie, ale stanowi pewną alternatywę. Myślę, że pandemia z jednej strony przyspiesza przechodzenie na inne metody pracy, ale z drugiej strony człowiek, jako istota społeczna, potrzebuje bezpośrednich kontaktów międzyludzkich, więc kiedy zakończy się lockdown będziemy głodni kontaktów społecznych, bezpośrednich spotkań face-to-face, także i w biznesie. Sądzę, że w tym okresie, choć trudnym organizacyjnie, można poszukać nowych rozwiązań, innowacji we własnej firmie, jak również skupić się na rozwoju umiejętności. Jako pozytywną zmianę widzę też dużo większą konsolidację środowiska, współpracy związku zawodowych tłumaczy przysięgłych i konferencyjnych, potrzebną zawsze, nie tylko w tym szczególnym czasie.


Agnieszka Veres-Guśpiel – jako tłumacz ustny i pisemny pracuje od 2007 roku. W 2011 roku, po egzaminie państwowym w Ministerstwie Sprawiedliwości uzyskała uprawnienia tłumacza przysięgłego. Wykonuje tłumaczenia ustne i pisemne, przysięgłe i zwykłe. Studiowała filologię węgierską na Uniwersytecie Jagiellońskim, stopień doktora nauk humanistycznych, w zakresie językoznawstwa kognitywnego uzyskała po obronie doktoratu w 2017 roku, na Uniwersytecie im. Loránda Eötvösa w Budapeszcie. Od 2015 roku pracuje także na Uniwersytecie Jagiellońskim w Zakładzie Filologii Węgierskiej w Instytucie Językoznawstwa i Przekładoznawstwa. Czas wolny najchętniej spędza w galeriach sztuki, górach i lesie.